Finał Ligi Mistrzów oczami redaktorów mufc.pl
27 maja 2011, 21:56 | Jarosław Burda, Paweł Burzała | Źródło: własne
Emocje rosną z godziny na godzinę. Już tylko godziny dzielą nas od wielkiego finału Ligi Mistrzów: Manchester United - FC Barcelona. Pierwszego gwiazdka sędziego nie mogą doczekać się także redaktorzy: Jarosław Burda i Paweł Burzała, którzy w gorącym oczekiwaniu postanowili podzielić się własnymi opiniami i przewidywaniami.
Ostatnie pojedynki Manchesteru United z Barceloną rozczarowywały. 3 lata temu, gdy te drużyny grały ze sobą w półfinale Ligi Mistrzów, obejrzeliśmy nudny dwumecz z raptem jedną bramką. Rok później, w rzymskim finale, pierwsze 10 minut wyglądało zachęcająco, ale potem gra toczyła się już tyko w jedną stronę. Tyle, że dla uważnego obserwatora przebieg tych spotkań raczej nie był zaskoczeniem. Tym razem jest na horyzoncie kilka jasnych punkcików, które wskazują, że może być inaczej. Do trzech razy sztuka?
Być może część z Was pamięta, jak dwa lata temu wraz z Jarkiem Burdą na tym blogu opisaliśmy przebieg sezonu i wyjściową 11-tkę Barcelony. Po cichu miałem nadzieję, że to będzie TEN finał, „finał marzeń”, jak określali to niektórzy komentatorzy. Podekscytowany byłem też rok wcześniej, gdy „Czerwone Diabły” trafiły na „Dumę Katalonii” w półfinale. Niestety w obu tych przypadkach byłem jednocześnie świadom tego, że choć nazwy klubów mogły obiecywać wspaniałe widowisko, realia tamtych momentów mówiły co innego.
Zarówno do finału w Rzymie, jak i do półfinału w roku 2008 przystępowały drużyny nierówne, przede wszystkim pod względem ówczesnej formy. Najpierw niemal bezbłędnie grający Manchester trafił na Barcelonę, w której właśnie dobiegała końca epoka Franka Rijkaarda, a kluczowi gracze, z chlubnym wyjątkiem Iniesty, przeżywali dołek albo znudzili się wspólnym wygrywaniem (vide Ronaldinho czy Deco). W tej sytuacji sam awans do półfinału był ponad miarę ówczesnych możliwości Katalończyków. Sir Alex doskonale wiedział co zrobić, by przewrócić chwiejącego się na glinianych nogach kolosa. Rok później Katalończycy przeżywali jedne z najpiękniejszych chwil w historii klubu wygrywając wszystko co się dało. Żeby ich pokonać, trzeba było odpalić ze wszystkich armat, zagrać najlepszy mecz sezonu, tymczasem United po pierwszej straconej bramce schowali się do swojej skorupki i potulnie doczekali do końca meczu.
Wydaje mi się, że tym razem może być inaczej. Dziś Manchester i Barca sprawiają wrażenie drużyn bardziej wyrównanych, paradoksalnie chyba dlatego, że żadna z nich nie jest w szczytowej dyspozycji. Piłkarze Fergusona mają za sobą kolejny triumf w lidze, ale naprawdę dobrą grę zaprezentowali dopiero w samej końcówce sezonu. Co najważniejsze, pokazali wszystkie czynniki, które czynią ich tak groźnymi: instynkt zabójcy (gole w końcówkach z Bolton i Evertonem), wolę walki (kapitalna druga połowa z West Hamem), pewność siebie i umiejętność kontrolowania gry (dwumecz ćwierćfinałowy LM i decydujący mecz ligowy z Chelsea) oraz potężną siłę ataku (półfinały z Schalke).
Barcelona nadal wygrywa, ale od kilku tygodni przychodzi jej to wyraźnie trudniej, niż było to wcześniej. Nie sypie bramkami jak z rękawa, raczej wykorzystuje przebłyski geniuszu swoich gwiazd. Messi nie zawodzi – 49 bramek mówi samo za siebie. Jednakże zarówno Villa, Pedro, jak i rezerwowy Bojan nie dostarczają już należytej ilości bramek. Skutek? Na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy zespół tylko trzy razy strzelił więcej, niż dwa gole w meczu. Ratuje ich fakt, że nadal przytłaczają 70%-owym posiadaniem piłki i nieźle grają w odbiorze.
Kolejnym czynnikiem jest siła kadrowa. W obu przypadkach ogromna, choć z różnych przyczyn. Guardiola ma wyjściową 11-tkę naszpikowaną największymi nazwiskami współczesnej piłki, ale krótką ławkę, zaś Ferguson szeroki i bardzo wyrównany skład, w którym nie ma absolutnie żadnej luki. W ostatnich dniach wiele mówi się o „kluczowej roli Park Ji-Sunga”, ale równie dobrze tą decydująca postacią w szeregach United może być Rooney, Berbatow, Hernandez, Giggs, Valencia, Nani, Fletcher, Vidic… Co ważne, obie drużyny przystępują do finału bez kontuzji i zawieszeń.
Nie ma sensu rozpisywać się o tym, jak przebiegnie mecz. Analiz taktycznych napisano już całe tomy. Wszyscy wiemy, jak zagra Barcelona, i wszyscy głowią się, jak wyłączyć z gry Messiego, Xaviego i Iniestę. Wszyscy wiemy też, jak pewnie, zdyscyplinowanie i cierpliwie może zagrać Manchester. Tak samo było dwa lata temu. Dla mnie różnica tkwi nie w tym, kto i jak będzie grał, ale właśnie w formie fizycznej obu drużyn. Tym razem Dawid oprócz procy ma jeszcze kilka legionów, a Goliat jest nadal potężny, ale walczy z jedną ręką związaną za plecami. Czy mam faworyta? Jeśli już musiałbym wybierać, chyba nieznacznie wskazałbym na Barcelonę, ale tym razem ani trochę nie byłbym pewny takiego wyboru. Tak, jak dwa lata temu, będę przede wszystkim czekał na dobre widowisko. Jeśli nie teraz, to kiedy? W końcu nikt nie lubi patrzeć, jak rozpadają się jego piękne wizje…
Paweł Burzała
W sobotę wieczorem na nowoczesnym londyńskim obiekcie będzie unosił się zapach wspaniałej historii Manchesteru United i FC Barcelona. I trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce na tak wielki finał Champions League niż właśnie stadion Wembley. To właśnie tam swoje pierwsze Puchary Europy zdobywały przecież legendarne drużyny Matta Busby'ego i Johana Cruyffa.
W hiszpańskich mediach bardzo głośno jest ostatnio o fantastycznym "Dream Teamie" Barcy z lat dziewiędziesiątych. Wszystko przez notoryczne porównania do obecnej ekipy prowadzonej przez Pepa Guardiolę. Messi i spółka lepsi czy gorsi niż zachwycająca kibiców Barcelona Cruyffa?
Na tak postawione pytanie szalenie trudno jest odpowiedzieć. Jedno pozostaje jednak pewne - Guardiola garściami czerpał z tamtej wspaniałej drużyny, której był przecież podstawowym zawodnikiem. Jego podopieczni prezentują się dzisiaj tak samo pięknie, płynnie, z wykorzystaniem całego boiska. Jest to futbol przestrzenny przyprawiony rozmachem i fantazją. Do tego diabelnie skuteczny.
Takiej właśnie drużynie czoła stawi, nienawidzący przecież przegrywać, sir Alex Ferguson. Przed szkockim menedżerem kolejne wielkie wyzwanie - zatrzymanie zespołu, który coraz częściej uznawany jest za jeden z najlepszych w całej historii futbolu. Manchester United w wielkim finale LM ma ogromnie dużo do stracenie, jak i do zyskania.
28 maja 2011 roku możemy zapamiętać jako dzień wspaniałego zwycięstwa nad fenomenalną Barcą. Z drugiej strony, Xavi i Iniesta mogą nam tylko udowodnić, że na chwilę obecną, MU nie ma żadnych szans w rywalizacji z "Drużyną z PlayStation".
Na przebieg finału i jego ostateczny rezultat złoży się wiele czynników. Najważniejsze wydaje się jednak pytanie - jak dobrze jest teraz w stanie zagrać "Duma Katalonii"? Jeżeli ich najlepszym zawodnikom wyjdzie mecz życia, nie mamy szans, choćby i Rooney z Giggsem stawali na głowie. Indywidualności są niestety po stronie Mistrza Hiszpanii.
"Czerwone Diabły" mogą przeciwstawić się ogromną siłą mentalną i gigantyczną wolą zwycięstwa. Podopiecznym Fergusona potrzebna jest dzisiaj szaleńcza determinacja i motywacja. "Znaleźć złoty środek i przechytrzyć Barceloną" - o niczym innym nie myślał przez ostatnie dni nasz sztab trenerski. Intrygujące, jak to wszystko wyglądać będzie w praktyce?
Na idealnej murawie stadionu Wembley zderzą się ze sobą dwie potężne siły. Ofensywna i natchniona Barcelona kontra rzadko przegrywająca drużynowa maszyna Fergusona. Urok i ulotność w grze w opozycji do straszliwej siły fizycznej podpartej nieludzką motywacją i starannie dobraną taktyką. Na domiar tego wszyscy mocni duchem!
Niech spełnią się nasze najwspanialsze marzenia! Niech wygra Manchester United!
Jarosław Burda
Inne teksty tego autora:
- Kto faworytem w ćwierćfinałach LM? (własne)




Angielski obrońca przyszedł na świat 21 lutego 1992 roku w Preston. Barw Manchesteru United broni od 2011 roku. Zanim przeniósł się na Old Trafford, był zawodnikiem Blackburn Rovers.










