I dobrze, że nie będzie "The Treble"!
17 kwietnia 2011, 16:39 | Tomasz Pasternak | Źródło: własne
Z reguły każda porażka w mniejszym czy większym stopniu jest czymś przykrym - czymś czego każdy człowiek, a zwłaszcza sportowiec, nie rzadko się boi i czego za wszelką cenę pragnie uniknąć. To kwestia szczególnie dotkliwa, kiedy dochodzi do niej w starciu z rywalem, który mocno zaszedł za skórę, a na pojedynek, który ostatecznie trzeba zakończyć ze spuszczoną głową, spogląda pół Europy. A jednak wczorajsze odpadnięcie Manchesteru United z FA Cup po przegranym 0:1 na Wembley meczu z Manchesterem City... niesie za sobą wiele pozytywów...
Po chudszym zeszłym sezonie, w którym "Czerwone Diabły" co prawda sięgnęły po Carling Cup, ale w lidze musiały uznać wyższość londyńskiej Chelsea, celem numer jeden na obecne rozgrywki było właśnie przywrócenie pucharu za mistrzostwo Anglii na Old Trafford. Cel tym bardziej istotny, że dziewiętnasty w historii tytuł oznaczałby wyprzedzenie w tej klasyfikacji Liverpoolu, a jak istotne to dla sir Aleksa Fergusona, dał on sam wyraz jednym z wywiadów przed kilkoma laty.
Przez sporą część sezonu ten cel był co najmniej zagrożony - Manchester United co rusz tracił punkty na wyjazdach, a konsekwentna gra Chelsea, Arsenalu i Manchesteru City sprawiała, że to nie w dziesiątkowanych kontuzjami graczach z Old Trafford upatrywano faworytów do mistrzostwa. Dziś jednak, na sześć kolejek przed końcem, mało kto już o tym pamięta. "Czerwone Diabły" są liderami Premier League, nad wymienionymi drużynami mając odpowiednio: 8, 7 i 13 punktów przewagi. Do tego podopieczni Fergusona dotarli do półfinału Ligi Mistrzów i FA Cup, co spore grono sympatyków zaczęło uważać jako "pozycję, której wręcz nie można zmarnować - bycia o krok od powtórzenia sukcesu z 1999 roku, sięgnięcia po Potrójną Koronę".
Owszem, pamiętny sezon 1998/1999 pod wieloma względami był podobny do obecnego. Manchester United kiepsko rozpoczyna rozgrywki, Peter Schmeichel deklaruje, że to jego ostatnie miesiące na Old Trafford, a "Czerwone Diabły" w pewnym momencie z dziewięciu kolejnych spotkań potrafiły wygrać zaledwie jedno. Asystent Fergusona, Brian Kidd, zostaje menedżerem Blackburn Rovers, mówi się o kryzysie, a próbę kupna klubu podejmuje koncern telewizyjny BSkyB.
W mniejszym czy większym stopniu, na różnych etapach - sezon 2010/2011 ma wiele podobieństw. Kluczowa jednak wydaje się jedna różnica: kadra. Manchester United przed dwunastoma laty był drużyną kompletną. Fenomenalny Peter Schmeichel między słupkami, wieżowiec Jaap Stam na środku obrony, któremu najczęściej partnerował Ronny Johnsen, a także Gary Neville i Dennis Irwin po jej bokach, ale nie to było najważniejsze. O sile "Czerwonych Diabłów" stanowiły najlepsza pomoc i atak ówczesnej piłki nożnej - jeżeli dziś wymienia się imię i nazwisko Roy Keane, każdy kibic kojarzy je z Paulem Scholesem, Ryanem Giggsem oraz Davidem Beckhamem. I na odwrót. Podobnie ma się sytuacja z parą Dwight Yorke - Andy Cole. Ten pierwszy przybył do klubu przed sezonem i zajęło mu kilka tygodni zanim odnalazł swoje miejsce, ale kiedy już to zrobił, razem ze swoim partnerem zdobyli 53 gole, stając się najbardziej zabójczym atakiem w Europie. A przecież na ławce byli jeszcze Ole Gunnar Solskjaer i Teddy Sheringham, którzy w tamtym sezonie też mieli "swoje pięć minut". Z każdym kolejnym tygodniem i meczem ta drużyna dojrzewała, by ostatecznie dokonać rzeczy niemożliwej.
Chcąc nie chcąc, nasuwa się samo porównanie do dzisiejszych realiów. Obecny Manchester United to drużyna nie posiadająca rozgrywającego z prawdziwego zdarzenia, przez pół sezonu mająca w składzie tylko jednego zdrowego skrzydłowego. Podobnie jak przed dwunastoma laty, gra "Czerwonych Diabłów" nadal opiera się o Ryana Giggsa i Paula Scholesa, których następców bądź co najmniej solidnych zmienników próżno szukać, a w kluczowej części sezonu filarem defensywy stał się 20-latek, jeszcze kilkanaście miesięcy temu stanowiący o sile drużyny z siódmej czy nawet ósmej klasy rozgrywkowej w Anglii.
Byłoby dyshonorem dla wielu legendarnych już dziś piłkarzy, wyrządzeniem niesamowitej krzywdy dla kibiców, zepsuciem i niesprawiedliwością piłkarskiego świata, gdyby obecny Manchester United - z tym składem, nie rzadko frustrującym stylem gry i szczęśliwymi wynikami - sięgnął po trzy najważniejsze trofea w tym sezonie. Ktoś powie, że przecież w 1999 roku "Czerwone Diabły" też w ostatnim momencie wyszarpnęły Puchar Europy na Camp Nou, a i losy tytułu mistrzowskiego rozstrzygnęły się dopiero w ostatniej kolejce, po tym jak Arsenal przegrał z Leeds United. Owszem - ale właśnie dlatego tamten sezon był sezonem magicznym, niepowtarzalnym, majestatycznym. Sezon 2010/2011 najzwyczajniej w świecie nie jest "godny" dostąpić takiego zaszczytu jak 1998/1999, a po perturbacjach jakie towarzyszyły i nadal towarzyszą drużynie, stwierdzić należy, że wspomnianym już "dokonaniem rzeczy niemożliwej" będzie wywalczenie 19. w historii tytułu mistrzów Anglii.
Zdając sobie jednak sprawę, że nadal pozostaje spore grono osób niezadowolonych z takiego, a nie innego obrotu spraw, spiszących ten sezon na straty, jeżeli nie uda się pokonać w finale Realu Madryt albo Barcelony, na koniec jeszcze jedno pytanie: czego, Droga Fanko / Drogi Kibicu, oczekiwał(a)byś od drużyny Manchesteru United latem 2012 roku, skoro w obecnym składzie i przy dzisiejszej dyspozycji miałaby w maju sięgnąć po "The Treble"?
Inne teksty tego autora:
- Dzieci Wengera śmiały zatrzymać potęgę (własne)
- Adam - najbardziej łakomy kąsek okna (własne, YouTube.com)
- Charlie Adam - lek na problemy Man Utd? (własne, teamtalk.com)
- Wayne Rooney znów się uśmiecha! (własne)
- Pożegnalne trafienia Zorana Tosicia? (własne)




Francuski obrońca przyszedł na świat 15 maja 1981 roku w Dakarze. Barw Manchesteru United broni od 2006 roku. Zanim przeniósł się na Old Trafford, był zawodnikiem AS Monaco.










