Dzieci Wengera śmiały zatrzymać potęgę
17 lutego 2011, 16:24 | Tomasz Pasternak | Źródło: własne
- Futbol z jednej strony jest piękny, ale z drugiej okrutny. Barcelona była drużyną lepszą, wymieniła więcej podań, jednak trzeba też docenić determinację Arsenalu - takimi słowami podsumowano wczoraj w studio Polsatu fantastyczny pojedynek na Emirates Stadium. Zapewne nie jeden kibic brytyjskiej piłki nożnej słysząc to, zwyczajnie się "zagotował" - wszak to, co w tej dyscyplinie najważniejsze, zostało, nie po raz pierwszy zresztą, sprowadzone do roli przypadku.
O tym, że FC Barcelona w każdym meczu ma posiadanie piłki o kilkanaście punktów procentowych większe od swojego rywala - wiadomo. O tym, że wymienia czasem nawet o połowę więcej podań - również. Taki już styl hiszpańskich drużyn, a Katalończycy mają do takowego piłkarzy wręcz stworzonych. W Europie są obecnie co najmniej jedne rozgrywki, do których podbicia spełnienie wyżej wymienionych czynników wystarcza, ale na szczęście ligi, w których przez 36 kolejek nie wieje nudą, są nadal w większości.
Przy okazji zakończenia roku bądź sezonu dziennikarze sportowi dokonują podsumowań i porównań lig - a to na podstawie wyników, a to liczby reprezentantów na danym etapie Ligi Mistrzów, a to dochodów z reklam itd. Rok 2010 należał do Premier League, która wyprzedziła Primera Division. Tu jednak pojawia się pierwszy paradoks, bowiem rozgrywki w Hiszpanii coraz trudniej z trzeźwym umysłem przychodzi określać mianem ligi.
Już od kilku sezonów w Primera Division sytuacja zdaje się przedstawiać tak, że o tytuł walczą dwie drużyny, a pozostała "osiemnastka" to zespoły, którymi władze muszą wypełnić terminarz. Dodajmy, że walka o mistrzostwo kończy się wraz z rozegraniem drugiego bezpośredniego pojedynku Barcelony z Realem Madryt. Zresztą wspomnianym już władzom chyba szczególnie to wszystko nie przeszkadza - tak przynajmniej wywnioskować można z podziału wpływów z reklam, gdzie dwie drużyny biorą wszystko, a trzecia ekipa ubiegłego sezonu, żeby utrzymać się przy życiu i nie dać zjeść długom, musi sprzedać swoje największe gwiazdy do Manchesteru City i... Barcelony.
Nic nie wskazuje na to, by trend w Hiszpanii uległ zmianie - przez najbliższe pięć, może nawet dziesięć lat kwestia mistrzostwa będzie decydować się między Camp Nou a Santiago Bernabeu. Z zazdrością bądź politowaniem pozostaje spoglądać na kibiców jednej bądź drugiej ekipy, którzy z wypiekami na twarzy wyczekują następnej kolejki ligowej, w której ich pupile zagrają z Racingiem Santander czy Mallorcą. W dyskusjach przedmeczowych nie ma już kwestii tego czy Barcelona wygra - jedyne kwestie sporne to: kto ile strzeli, czy będzie "do zera", kiedy padnie pierwsza bramka, a także czy Cristiano Ronaldo bądź Lionel Messi zaprezentują jakieś nowe "joga bonito" (ostatnio furorę na YouTube robi przyjęcie piłki przez Portugalczyka plecami - szkoda, że w Manchesterze nie prezentował takiej dyspozycji, ale potwierdza się, że Jose Mourinho to cudotwórca!). Bez względu na to czy podopieczni Pepa Guardioli grają u siebie z Almerią czy na wyjeździe z Villarreal - rezultat jest znany jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Gdzie tu więc emocje? Gdzie jakiekolwiek argumenty za tym, by Primera Division mogła rywalizować z Premier League w kategorii "najlepsza liga piłkarska"?
Wróćmy jednak do meczu na Emirates. Wielka Barcelona z wielkim duchem i umiejętnościami Messim przyjeżdża do grupki młodych chłopaków z podwórka, by już w pierwszym meczu przesądzić o awansie do ćwierćfinału. A tu co? Alexandre Song fauluje trzy razy w przeciągu pięciu minut i sędzia nie pokazuje mu czerwonej kartki? Skandal! W Hiszpanii nie do pomyślenia! Co więcej, Arsenal od czasu do czasu - oprócz przerywania akcji magicznego trio w środku pola z magicznym trio w ataku - ośmiela się też samemu przedostawać pod pole karne gości! Żeby wynagrodzić te krzywdy Barcelonie, Gael Clichy niby przypadkowo zostaje z tyłu nie tworząc linii, no i Katalończycy już prowadzą, a schodząc z takim wynikiem na przerwę większość obserwatorów zgodnie uznaje, że jest "po dwumeczu".
Tymczasem jedyne, "po czym" tak naprawdę było, to po kondycji mistrzów Hiszpanii. Od około 55. minuty Katalończycy zaczęli oddychać rękawami, a taki Messi, o ile w pierwszej połowie próbował konstruować ataki i popisał się świetną asystą przy golu Davida Villi, kilka razy odbił się od Laurenta Kościelnego i później już tylko truchtał. Przypadek Argentyńczyka nie jest zresztą odosobniony - gracze Arsenalu nagle stali się wyraźnie szybsi od rywali, a gwoździa do trumny swojej drużynie wbił Guardiola, zmieniając Villę na Seydou Keitę.
Barcelona wymieniała podania, a dwie błyskawiczne kontry przesądziły o losach meczu (choć zewsząd już płyną kojące dla Blaugrany informacje o tym, że na Camp Nou Arsenalowi się nie "pofarci"). Przed spotkaniem zastanawiano się czy tym razem bohaterem będzie znowu Messi, czy raczej ktoś z grona: Xavi, Iniesta, Villa. Po meczu zastanawiano się jak to możliwe, że ich miejsce zajęli Jack Wilshere i Laurent Kościelny, do spółki z Wojciechem Szczęsnym.
Barcelona - przyzwyczajona do tego, że rodzimi rywale po 30 minutach, z dwoma zaaplikowanymi bramkami, odpuszczają - nie wytrzymała pojedynku kondycyjnie. Śmiem twierdzić, że w realiach ligi angielskiej, grając czasem co trzy dni takie mecze jak wczorajszy, Katalończykom pozostałyby boje maksymalnie o czwarte miejsce w tabeli. W odróżnieniu od drużyn hiszpańskich, te angielskie znają pojęcie "obrona", a sędziowie na Wyspach wiedzą lepiej kiedy karać kartkami. Poza tym nie ukrywajmy - graczy obecnego Arsenalu trudno zaliczyć do grona typowych brytyjskich, fizycznie grających piłkarzy. Jak Barcelona wyglądałaby po styczniowej przeplatance dziewięciu meczów, jaką przebyli "Kanonierzy" (Manchester City, Birmingham, West Ham, Wigan połączone z gryzącymi trawę w każdej sytuacji zawodnikami Ipswich, Leeds czy Huddersfield)? Czy hiszpańskie tabloidy nadążyłyby z publikowaniem kolejnych fotografii siniaków na nogach Andresa Iniesty po starciach z Joeyem Bartonem, Lee Cattermole'em, Clintem Dempseyem, Paulem Scholesem czy wreszcie Wayne'em Rooneyem, tak jak było to po finale mistrzostw świata z Holandią? Bo brytyjskie gazety w ogóle nie podjęłyby tematu. Pytania niesamowicie ciekawe, niestety pozostające bez odpowiedzi.
Arsenal potwierdził, że piłkarze Barcelony nie są niezniszczalni, a ich opiekun czasem też się myli. Pokonali Katalończyków tak naprawdę ich własną bronią i wcale nie są bez szans w rewanżu. Nie należy spodziewać się, że Arsene Wenger pojedzie na Camp Nou bronić wczorajszego wyniku. Celem podstawowym powinno być zdobycie gola, który nieco skomplikuje sytuację gospodarzom, a wobec absencji najlepszego defensora - Gerarda Pique, to nie taki nieRealny scenariusz. By jednak czytającym ten tekst sympatykom Blaugrany nie było przykro, na koniec zauważmy, że już w niedzielę gwiazdy rozbłysną na nowo. Kolejny magiczny wieczór na Camp Nou, okraszony pięknymi zagraniami, cudownymi golami i pewną, kilkubramkową wygraną nad Athletic Bilbao...
Inne teksty tego autora:
- Adam - najbardziej łakomy kąsek okna (własne, YouTube.com)
- Charlie Adam - lek na problemy Man Utd? (własne, teamtalk.com)
- Wayne Rooney znów się uśmiecha! (własne)
- Pożegnalne trafienia Zorana Tosicia? (własne)
- Fani Man Utd zdeklasowali Man City (YouTube.com)




Francuski obrońca przyszedł na świat 15 maja 1981 roku w Dakarze. Barw Manchesteru United broni od 2006 roku. Zanim przeniósł się na Old Trafford, był zawodnikiem AS Monaco.










