Z wizytą w "Teatrze Marzeń" - cz. 2
10 stycznia 2011, 17:50 | Marcin Kubiak | Źródło: własne
Manchester to - jak wiadomo - miasto przemysłowe. Miłośnicy wyrafinowanej architektury, mody czy poszukiwacze oazy kultury i tradycji nie znajdą tu chyba niczego niezwykłego. Północna Anglia żyje na tyle, na ile zarabia. Tutaj ludzie na ogół jedzą, piją, oglądają piłkę i słuchają muzyki. Przechadzając się ulicami Manchesteru rozumiałem lepiej dlaczego United i City to oczko w głowie miejscowych. Nic nie jest w stanie zaoferować lepszego samopoczucia w weekend niż zwycięstwo swoich ulubieńców oglądane na stadionie czy w knajpie. Zbliżał się sobotni wieczór i po niezapomnianym pierwszym kontakcie z Old Trafford przyszedł czas na bardziej przyziemne rozrywki.
Z wizytą w "Teatrze Marzeń" - cz. 1
Postanowiliśmy udać się na Canal Street - ulicę, której atmosfera przywodzi na myśl wiecznie imprezujący Amsterdam. Po kilku godzinach w klubie wróciliśmy pieszo do hotelu, kolejny raz ciesząc się z jego bardzo dogodnej lokalizacji. Następny dzień nie obfitował w rozrywki. Wypełniało go chodzenie po mieście, oglądanie meczów i polowanie na okazyjne ceny odzieży czy obuwia. Pod względem atrakcyjności potencjalnych zakupów Manchester wyprzedza zdecydowanie jakiekolwiek miasto w Polsce. Jest też przykładem brytyjskiej "multi-kulti". Na ulicach tęczowo, ludzie wszelkich ras ubierający się po swojemu, nieraz bardzo oryginalnie. Króluje luz i naturalność - nie jest niczym niezwykłym, że kibic ubrany w koszulkę MU idzie ramię w ramię z fanem City, dyskutując o czymś z uśmiechem.
Duża ilość wolnego czasu pozwoliła nam także obejrzeć City of Manchester Stadium. Położony znacznie bliżej centrum od Old Trafford, nie przypomina typowego angielskiego stadionu. Z zewnątrz robi wrażenie większego niż "Teatr Marzeń", ale z pewnością nie przyciąga tylu zwiedzających - w niedzielne popołudnie nie ma tam nikogo, a główne wejście na stadion jest zamknięte. Nieopodal znajduje się bardzo ładny, kameralny stadion lekkoatletyczny. Gdy tam zajrzeliśmy, odbywały się zawody juniorów. Ciekawym elementem całego kompleksu jest rzeźba biegacza upamiętniająca Igrzyska Commonwealth - specyficzną imprezę sportową, w której uczestniczą państwa zrzeszone we Wspólnocie Brytyjskiej.
W międzyczasie liga angielska ruszyła na dobre i postaraliśmy się znaleźć dobre miejsce, by obejrzeć mecz Liverpool - Arsenal. Nie do końca usatysfakcjonowani ostatecznym wynikiem (1:1), ani jakością wypitego piwa postanowiliśmy, że wieczór przeznaczymy na odpoczynek. Następny dzień wymagał od nas całkiem sporego zapasu energii. Patrząc przez okno na wielką reklamę przedstawiającą Erica Cantonę, która znajdowała się naprzeciwko naszego hotelu, zastanawiałem się czy rzeczywistość dorówna marzeniom i fantazjom. Czy spektakl w "Teatrze Marzeń" będzie faktycznie czymś, na co warto było czekać tyle długich lat...
Mecz miał rozpocząć się o 20:00, ale to nie znaczy, że mieliśmy sporo czasu. Trzeba było zrobić ostatnie zakupy, spakować się i przenieść do jednego pokoju, gdzie nasze bagaże miały czekać na nas po meczu. Sierpniowe słońce świeciło w najlepsze, kiedy udaliśmy się w okolice Old Trafford, niemal rutynową już trasą. Żeby poczuć atmosferę meczu w Anglii obowiązkowo należy udać się do pubu. Nasz wybór padł na Bishops Blaize, gdzie gościliśmy już wcześniej. Tym razem przed wejściem musieliśmy okazać ochroniarzom bilet na mecz, a także zapłacić dwa funty. O tym, że wybraliśmy dobrze, przekonaliśmy się od razu, widząc tłum fanów United śpiewający przyśpiewki z kuflami uniesionymi w górze. Filmiki umieszczone na YouTube nie oddadzą tej atmosfery. Na początku staliśmy nieco oszołomieni, nie chcąc popełnić jakiejś gafy. Po namowach znajomego Polaka, pracującego w BB, powiesiliśmy też flagę United Poland. Nikt jednak nie okazywał nam zainteresowania.
Obserwując kibiców ubranych w najprzeróżniejsze koszulki "Czerwonych Diabłów", zdałem sobie sprawę, że patrzę też na historię klubu. Było tam kilku starszych kibiców, którzy mogli pamiętać czasy Charltona, Besta, a już na pewno pamiętali mizerię lat 70. i po części 80. Dla nich cała komercyjna otoczka wokół United, setki zwykłych turystów zwiedzających OT musiała być niezbyt przyjemna. Odczułem to, gdy na tarasie, gdzie można wyjść na papierosa, chciałem zrobić zdjęcie fanów na tle jednej z trybun OT. - No pictures! - jeden z tutejszych zasłonił mi ręką obiektyw, przekonany, że to jego chciałem uwiecznić. Nie zepsuło to mojego dobrego nastroju i wraz z kolegą wróciłem do środka, by przyłączyć się do śpiewu. W pewnym momencie cały pub ucichł, a głowy wszystkich odwróciły się w jedną stronę - przyszedł Peter Boyle. To prawdziwa gwiazda wśród fanów United, autor wielu znanych przyśpiewek. Nie zwlekając zbytnio, wszedł na stół i zaintonował piosenkę o Królu Eryku. Wcześniej wydawało mi się, że w pubie jest głośno, jednak dopiero wtedy przekonałem się co potrafią "miejscowi". Gdy usłyszeli Boyle'a, zdzierali gardła dwa razy głośniej.
Choć piwo lało się litrami, nie było już możliwości zamówić niczego do jedzenia. Dlatego wyszliśmy z BB, by naładować akumulatory przed meczem. Dochodziła godzina 19:00, gdy wraz z morzem ludzi "podpłynęliśmy" pod wejście na East Stand. Trudno opisać te kilka minut zanim przejdzie się przez bramkę i podąży na właściwe miejsce widniejące na bilecie. Dużo trudniej opisać co czuje człowiek, który przez tę bramkę, z niewiadomych powodów, przejść nie może! Mimo kilkukrotnego wkładania biletów do czytników, za każdym razem zapalała się czerwona lampka. Dramat. Moje chaotyczne, ultra-pesymistyczne myśli można by w tym momencie streścić tak: "wiedziałem, że to byłoby zbyt piękne, bym obejrzał ten mecz na żywo".
Na szczęście pracownicy na Old Trafford uważali co innego. Szybko skierowano nas do punktu obsługi kibiców, będącego nieopodal. Pognaliśmy ile sił w nogach. Byliśmy widocznie jedynymi tego dnia pechowcami, gdyż do okienek nie ustawiły się żadne kolejki. Całą sprawę załatwiono dosłownie w pięć minut. Bilety przysłane do Polski miały niewłaściwy, bo pochodzący z ubiegłego sezonu, kod. Przekazano nam kopertę z tymi aktualnymi i pobiegliśmy z powrotem pod East Stand. Uczucie niezwykłej ulgi, gdy barierka wydała charakterystyczny dźwięk i wpuściła mnie do środka!
Widok z naszych miejsc położonych dość wysoko za bramką był przepiękny. Powoli zapełniający się "Teatr Marzeń", oglądany z zupełnie innej perspektywy, robił wrażenie znacznie większego niż podczas sobotniego zwiedzania. Naprzeciw nas znajdowało się obwieszone transparentami Stratford End, a po lewej stronie tak dobrze znany nam zegar wyświetlający aktualny wynik. Bardzo blisko, także po lewej stronie, mieliśmy sektor gości, którzy - jak przystało na "Toon Army" - dopingowali ulubieńców przez cały mecz. Piłkarze odbywający rozgrzewkę wydawali się bardzo mali, a jednak bez trudnu rozpoznawaliśmy większość z nich. - O! Patrzcie, to Alan Smith! O, jest "Scholesy", a tam to chyba nasz Tomek! - na takich spostrzeżeniach upływał nam czas do rozpoczęcia meczu. Później wszystko potoczyło się zgodnie z planem. Ofensywna gra United i gol Berbatowa, który - z racji tego, że był "tym pierwszym" na żywo - zapamiętam do końca życia. Nie minęło dużo czasu i Darren Fletcher strzałem z bliskiej odległości podwyższył na 2:0. Newcastle nie potrafiło odpowiedzieć żadnym groźnym atakiem. Nim się obejrzeliśmy, odgwizdano koniec pierwszej połowy. W przerwie meczu mieliśmy czas, by obejrzeć bramki na ekranach telewizorów zawieszonych niedaleko wyjścia na trybuny. Plan kupienia jakiegoś napoju został szybko porzucony, gdy zobaczyliśmy tłumy przy kasach.
Druga połowa to dalsza dominacja United. Ja delektowałem się oglądaniem gry Paula Scholesa w środku pola. Każda akcja była pieczętowana jego zagraniem. W swoich licznych crossach i krótkich podaniach był praktycznie bezbłędny. Wielką frajdą jest śledzenie gry bez piłki, co nie zawsze jest możliwe w relacjach telewizyjnych. Miłym akcentem był debiut ligowy Javiera "Chicharito" Hernandeza, który już wtedy cieszył się olbrzymią popularnością na Old Trafford. "Czerwone Diabły" nie forsowały tempa, a jednak udało się strzelić kolejną bramkę, autorstwa Ryana Giggsa. Gol żywej legendy MU, oglądany z perspektywy trybun, był kolejnym powodem do radości dla takich nowicjuszy jak my.
W końcu sędzia odgwizdał koniec meczu, po zrobieniu kilku pamiątkowych zdjęć udaliśmy się pod South Stand, z nadzieją zobaczenia kilku ulubieńców z bliska. Nie byliśmy jedynymi, którzy na nich czyhali. Zebrała się spora grupka fanów i nie mieliśmy szans przedostać się do pierwszych rzędów utworzonego przez porządkowych szpaleru. Wreszcie zaczęli wychodzić. Pojedynczo. Niektórzy tylko kiwali, inni zdecydowali się rozdać kilka autografów. Na tę chwilę warto było czekać! Naszym łupem padły podpisy m.in. Darrena Fletchera, Nemanji Vidicia, Alana Smitha, Jonny'ego Evansa i Johna O'Shea. Porada na przyszłość - zawodnicy MU nie podpisują się na gadżetach związanych z akcją "Love United Hate Glazer". Sam straciłem dwie znakomite okazje na cenne autografy wymachując żółto-zielonym szalikiem.
Problemem okazał się powrót do hotelu. Dochodziła północ. Komunikacja miejska zdawała się nie funkcjonować, a my musieliśmy odpocząć i zdążyć na autokar do Liverpoolu. Ostatecznie wraz z grupką Skandynawów załapaliśmy się na dość dziwną taksówkę, która krążyła w okolicach Sir Matt Busby Way, oferując tani dojazd do centrum. Nie było czasu na sen. Parę godzin po wyjściu ze stadionu czekaliśmy na samolot do Krakowa. Cała droga powrotna upłynęła nam na wspominaniu najciekawszych chwil wyjazdu. Nie wracaliśmy jednak z pustymi rękami. Moim łupem - oprócz szalika "LUHG" - padła replika koszulki z finału FA Cup z 1957 roku z nazwiskiem Edwards i numerem 6 na plecach. Takie rarytasy można nabyć w sklepie Red Legends, znajdującym się nieopodal pubu Bishops Blaize i Sir Matt Busby Way.
Manchester to coś więcej niż miasto. To moja Mekka, do której zmierzałem wiele dni, tygodni, miesięcy i lat. Kto jeszcze nie odbył pielgrzymki, niech żałuje.







Inne teksty tego autora:
- Z wizytą w "Teatrze Marzeń" - cz. 1 (własne)
- Na co stać "dzieciaki Fergusona"? (własne)
- Oceny piłkarzy MU za sezon 2009/2010 (własne)
- Celebracja tytułu, którego nie będzie (własne)




Francuski obrońca przyszedł na świat 15 maja 1981 roku w Dakarze. Barw Manchesteru United broni od 2006 roku. Zanim przeniósł się na Old Trafford, był zawodnikiem AS Monaco.










