Z wizytą w "Teatrze Marzeń" - cz. 1
30 sierpnia 2010, 15:06 | Marcin Kubiak | Źródło: własne
Po raz pierwszy stałem w tunelu prowadzącym na murawę. Przywitałem się z rywalami, poprawiłem kołnierzyk i ze zdenerwowaniem rozglądałem na boki. Sędziowska trójka stała już niemal na zewnątrz. To już za chwilę! Za moment wybiegnę w trykocie United walczyć o ligowe punkty. Gdy zaczęliśmy wychodzić moich uszu dobiegły głośne śpiewy kibiców, z podniecenia zacząłem im klaskać zanim jeszcze ujrzałem trybuny! Jednak zaraz później śpiewy ucichły, a ja stałem na skraju ogromnego, pustego stadionu - "Teatru Marzeń".
To nie jest opis schizofrenicznych wizji, które wzięły się od zbyt długiego przesiadywania na mufc.pl. Tak wyglądało pomieszanie jawy ze snem, jakiego doświadczyłem będąc w miejscu, o którym zawsze marzyłem. Gdy jesteś na Old Trafford bardzo trudno twardo stąpać po ziemi. Szczerze mówiąc nawet mi na tym nie zależało. Przez te kilka minut moja wyobraźnia wzięła górę nad rzeczywistością. Słysząc nagranie puszczane przez głośniki, na którym słychać przyśpiewkę kibiców zastanawiałem się jak to jest być piłkarzem United. Nie wiem jak oni czują się, gdy wychodzą, by rozpocząć swój spektakl, ale ja doświadczając ledwie namiastki tej adrenaliny byłem znacznie dalej niż tylko w siódmym niebie.
Zanim tam się jednak znalazłem musiało upłynąć długich 12 lat od chwili kiedy zacząłem kibicować "Czerwonym Diabłom". Jakiś czas temu Manchester zacząłem nazywać "swoją Mekką" i byłem zdesperowany, by tam pojechać. Łatwo jednak powiedzieć - taki wyjazd wymaga sporych nakładów finansowych, a także dobrej organizacji. Ten drugi problem stał się mniej dokuczliwy odkąd zostałem członkiem MUSC PL, które ma status oficjalnego fanklubu i jako takiemu przysługuje mu określona ilość biletów na mecze domowe. Kiedy pod koniec czerwca okazało się, że pierwszym meczem sezonu będzie pojedynek z Newcastle na Old Trafford, wraz z grupą kolegów zdecydowaliśmy - jedziemy!
Po załatwieniu wszystkich formalności, 13 sierpnia wylecieliśmy z Wrocławia do Liverpoolu w silnej grupie liczącej siedmiu fanów "Red Devils". Poza niewielkim spóźnieniem lot i podróż autokarem do Manchesteru przebiegły bez żadnych przeszkód. Anglia przywitała nas oczywiście lekkim deszczem. Dzięki wskazówkom poznanego w czasie jazdy rodaka łatwo odnaleźliśmy nasz hotel mieszczący się nieopodal głównej ulicy. Zmęczeni i podekscytowani tym, co czekało nas nazajutrz, po krótkiej rozmowie przy szklaneczce czegoś mocniejszego, poszliśmy spać. Następnego dnia pogoda znacznie się poprawiła, świeciło słońce, a my po skromnym śniadaniu wyruszyliśmy do dzielnicy Trafford. Autobus numer 250 (tzw. double-decker czyli dwupiętrowiec) z Piccadilly Garden na stadion MU jedzie ok. 15 minut. Od samego początku rozglądałem się nerwowo, wzrokiem szukając jakiegoś wyróżniającego się na tle niskiej, angielskiej zabudowy, dużego obiektu. Wreszcie ujrzeliśmy go wszyscy - w ten letni poranek robił niesamowite wrażenie. Szczególnie imponował duży, czerwony napis Manchester United i pomnik sir Matta Busby'ego, a nad nim olbrzymi banner ukazujący jak przez ostatnie 100 lat zmieniał się wygląd Old Trafford. Ciężko było przyjąć do wiadomości, że naprawdę tu jestem, że zaraz będę w środku.
Zwiedzanie stadionu, które zarezerwowaliśmy jeszcze w Polsce, trwa około godziny. Jednak czas uciekł między palcami tak szybko, że miałem wrażenie, że nie upłynął nawet kwadrans. Nie nadążałem nawet z ekscytacją kolejnymi opowieściami, miejscami i ożywionymi wspomnieniami. Nasz przewodnik, Dave, facet po 50., okazał się żywym pomnikiem angielskiego poczucia humoru. Pokazując kolejne trybuny, gdzie mogliśmy robić sobie zdjęcia, wciąż sypał zabawnymi docinkami, głównie pod adresem Liverpoolu, City i Chelsea. Przykład ? Dave pokazując rząd krzesełek w pobliżu murawy komentuje: "Tu są miejsca dla niewidomych, mają do dyspozycji słuchawki i dzięki komentarzowi wiedzą, co się dzieje. Pamiętacie mecz z Chelsea wiosną? Liniowi siedzieli właśnie tutaj".
A my pamiętaliśmy nie tylko mecz z Chelsea. Widok słynnego Stretford End, przed którym tylu piłkarzy celebrowało najważniejsze gole, był czymś absolutnie bezcennym. Jednak nie to było podczas naszej wycieczki najbardziej intrygujące. To historia klubu, o której pamiętają na każdym kroku. Miałem okazję zobaczyć m.in. dawne wyjście z szatni na boisko, które było tak strome i śliskie, że niekiedy gracze doznawali urazu zanim w ogóle pojawili się na murawie! Mogliśmy zajrzeć do szatni piłkarzy, a także obejrzeć bufet, przy którym Becks poznał swoją Victorię. Przechodząc z miejsca na miejsce długimi korytarzami uświadomiłem sobie jak rozbudowanym i nowoczesnym obiektem jest Old Trafford. Projektanci pomyśleli o wszystkim, a infrastruktura z barami, ubikacjami czy nawet mini-posterunkami policji musiała imponować.
Ciekawe historie wiążą się z dwiema tablicami wiszącymi w tunelu, o którym pisałem we wstępie. Pierwsza upamiętnia J.H. Daviesa, którego nie trzeba chyba przedstawiać fanom United. To właśnie on uratował Newton Heath od bankructwa, zarządził zmianę nazwy klubu na Manchester United i sponsorował budowę Old Trafford. Druga zaś przedstawia człowieka, o którym kibice w Polsce w ogóle nie wiedzą lub, którego zaledwie kojarzą z krótkich wzmianek historycznych - Jamesa Gibsona. Ten dostawca mundurów dla brytyjskiej armii w latach 30. ocalił klub od upadku inwestując aż 30 tys. funtów (wówczas była to kwota znacznie większa niż dziś). Pamięć o nim w Manchesterze jest ciągle bardzo żywa, o czym świadczy inna tablica, poświęcona także jemu, znajdująca się nieopodal stadionu przy Sir Matt Busby Way.
Najbardziej wzruszające było jednak przejście Tunelu Monachijskiego znajdującego się pod trybuną południową. To właśnie tędy wjeżdżają autokary przyjezdnych drużyn, a także prywatne samochody piłkarzy United udających się do szatni przed meczem. Otwarta dwa lata temu przez sir Bobby'ego Charltona oraz Rogera Byrne'a juniora (syna kapitana MU, który zginął w katastrofie przed jego narodzinami) wystawa w tunelu jest czymś w rodzaju niecodziennej galerii. Wiszą tam fotografie, tablice i wycinki z gazet dotyczące wszystkiego co związane z tragedią sprzed ponad 50 laty. Na samym początku Dave pokazał nam "Wieczny Płomień" - świecę płonącą w przeszklonej wnęce, która jest symbolem pamięci, jaką darzy się wszystkich uczestników katastrofy. Mimo że już od dawna dzień 6 lutego był dla mnie wyjątkowy, dopiero tam, w Manchesterze, pojąłem w jak ogromnym stopniu wpłynął on na wszystkich ludzi tworzących Klub. Potwierdza to też tablica umieszczona w Tunelu, która głosi: "Przed [katastrofą w] Monachium United należało tylko do Manchesteru. Po niej zawładnęło wyobraźnią całego świata". Zespół, który podniósł się po takim ciosie i 10 lat później zdobył Puchar Europy na Wembley nie mógł pozostać niezauważony. Sir Matt Busby, który pomimo poczucia winy (przyznał się do niego w jednym z wywiadów) kontynuował dzieło, bez którego takich ludzi jak my, kibice z Polski, zapewne nie byłoby na Old Trafford.
Po zakończeniu wycieczki podziękowałem Dave'owi za niezapomniane chwile i spytałem go o przeczucia co do zbliżającego się meczu ze "Srokami". - Będzie 2:1 -odpowiedział bez namysłu. Jak się później okazało, nie była to wystarczająco optymistyczna prognoza. Choć jesteśmy już nieco zmęczeni nadmiarem wrażeń, udajemy się szybko do muzeum, które już na samym początku szokuje ilością trofeów. Podziwianie z bliska repliki Pucharu Europy czy pucharu za mistrzostwo Anglii było bardzo satysfakcjonujące. Wszystkie eksponaty umieszczone na trzech piętrach ukazują wielkość klubu z północnej Anglii. Ale dla mnie ważniejsza była historia w całej jej okazałości - ze wzlotami i upadkami. To właśnie ta niemal skrajna sinusoidalność przeszłości MU odróżnia go częściowo od innych sławnych drużyn. Dzieje klubu są w muzeum obecne materialnie, zaklęte w czasie w postaci koszulek, proporczyków, zdjęć, programów meczowych itd. Wszystko to na wyciągnięcie ręki. Tutaj, tak jak w Tunelu Monachijskim, wyraźnie czuć jak legenda "Busby Babes" nadal oddziałuje w XXI wieku. Koszulki Duncana Edwardsa czy Tommy'ego Taylora widziane z bliska wprawiły mnie w nastrój będący dziwną mieszanką smutku i refleksji, ale też dumy i radości.
Prawie trzy godziny, jakie spędziliśmy niemal na czczo na Old Trafford nie przeszkodziły nam w sesji zdjęciowej przed pomnikiem legendarnego trio: Besta, Lawa i Charltona. Pod wejściem do megastore roiło się od sprzedawców szalików. Wraz z kilkoma kolegami ulegliśmy pokusie i za parę funtów kupiliśmy tzw. "antyglazerowe" szaliki w barwach green & gold. Tak zaopatrzeni udaliśmy się wreszcie na lunch, by przywrócił nam siły. Kiedy raz poznałem całą magię i czar tego miejsca, o którym tak długo marzyłem, nie mogłem już doczekać się pierwszego meczu w sezonie 2010/11 - tym razem widzianego naprawdę na żywo… c.d.n.
Inne teksty tego autora:
- Na co stać "dzieciaki Fergusona"? (własne)
- Oceny piłkarzy MU za sezon 2009/2010 (własne)
- Celebracja tytułu, którego nie będzie (własne)




Szósty lutego 1958 roku to tragiczna data w historii Manchesteru United. W tym dniu doszło do katastrofy samolotu, którym drużyna z Old Trafford wracała do Anglii po meczu w Pucharze Europy. Zginęły 23 osoby, w tym ośmiu zawodników "Czerwonych Diabłów", a ciężko ranny został m.in. menedżer zespołu, Matt Busby.










