Po co nam Michael Carrick?
12 sierpnia 2010, 22:30 | Błażej Duda | Źródło: zonalmarking.net, własne
Nie walczy o piłkę do upadłego, nie kreuje sytuacji bramkowych. Nie strzela też wielu goli - w zasadzie rzadko pokazuje się w polu karnym. Co więc robi Michael Carrick w składzie Manchesteru United? To samo pytanie, zadają sobie, o dziwo, fani Arsenalu i Chelsea, gdy w podstawowej jedenastce zobaczą Denilsona lub Johna Obi Mikela.
Zgadza się, wszystkie trzy czołowe angielskie kluby mają na swych usługach zawodnika, który na boisku zdaje się nic nie wnosić. By jednak zrozumieć w jaki sposób trzy największe trenerskie mózgi Premier League mogły popełnić tak kardynalny błąd, należy prześledzić losy Claude'a Makelele.
Reprezentując barwy Realu Madryt w latach 2000-2003, Makelele zyskał sobie szacunek kolegów z drużyny, którzy mogli na nim ślepo polegać. Niektórzy określali go wręcz najważniejszym zawodnikiem w klubie; jednak nie Florentino Perez. Prezes Realu płacił Francuzowi znacznie mniej niż pozostałym "Galacticos", co w końcu skłoniło pomocnika do transferu do Chelsea Londyn. Perez najwyraźniej nie przejął się utratą tak ważnego, jak się okazało gdy jego drużynę dopadła "klątwa 1/8", ogniwa.
- Nie będziemy tęsknić za Makelele. Ma przeciętną technikę, brakuje mu szybkości i umiejętności, by mijać przeciwników, a 90 procent jego podań skierowanych jest do tyłu lub w bok. Słabo gra głową i rzadko podaje dalej niż na 3 metry - opisywał Makelele "Biały Rekin".
Perez był głośno krytykowany za swoją ignorancję, a Makelele dowiódł swojej wartości wnosząc nową jakość do pomocy Chelsea. Eksperci ustawiali się w kolejce, by wyrazić swój podziw dla Francuza i wkrótce rola jaką odgrywał w londyńskim klubie została nazwana jego imieniem: "pozycją Makelele". Ta, choć nie do końca zdefiniowana, rozbudziła zainteresowanie grającymi głęboko pomocnikami, wraz z sukcesami FC Porto i reprezentacji Grecji, doprowadzając do rozkwitu formacji ultradefensywnych, lub, jak kto woli, "antyfutbolu".
Nawet Prezes Realu zrozumiał swoją pomyłkę i starał się ją naprawić ściągając Thomasa Gravesena. Ówczesny piłkarz Evertonu w żadnym razie nie przypominał jednak Makelele, polegając głównie na brutalnych szarżach, a to stwarzało więcej zagrożenia dla własnej drużyny, niż dla przeciwników. Nie nadawał się więc na piłkarza, który potrafiłby przetrzymać piłkę tak jak Makelele i z nieopisaną łatwością przerywać ataki rywali.
A jednak w 2007 roku powróciliśmy do sytuacji z przed epoki Makelele - nikt wówczas nie szanował "nowoczesnych" środkowych pomocników. Pozycja Makelele zmieniła się wraz z odwrotem od "klasycznej 10". Rzadziej spotyka się zawodników takich jak Zinedine Zidane czy Rui Costa, więcej drużyn korzysta z odpowiedników Leo Messiego czy Cristiano Ronaldo - napastników schodzących ze skrzydeł. To sprawia, że do historii przechodzą typowe pojedynki kreatora i niszczyciela, których pozycje na boisku ściśle by sobie odpowiadały. Rzadziej też menadżerowie wystawiają pomocników, których głównym zadaniem byłby odbiór piłki wślizgami (tzw. "tackler").
Sam Makelele określany był jako "dziki terrier środka pola", a o swoich zadaniach na boisku mówił krótko:
- Musisz się tym cieszyć, po prostu cieszysz się grą w futbol, atakowaniem rywali, oddawaniem piłki partnerom. Nawet jeśli jesteś mały, wystarczy, że zaatakujesz w odpowiednim momencie. Rywal może być wysoki i silny, ale jeśli wybierzesz odpowiedni moment, wygrasz.
Dziś wślizgi schodzą na drugi plan, skutecznie tępione coraz ostrzejszymi przepisami. Nie bez przyczyny Javier Mascherano, wyznawca "starej szkoły" może się pochwalić największą ilością kartek w zeszłym sezonie Premier League. Jednak nie tylko sędziowie przyczynili się do tego stanu rzeczy. Menadżerowie dostrzegli bowiem potrzebę przyspieszenia gry pod polem karnym, za pomocą szybkich, krótkich podań, gry bez przyjęcia. Tym samym wślizgi zastąpiły przechwyty. Nie są może tak widoczne, tak spektakularne, ani tak wyczekiwane przez fanów (szczególnie angielskich), ale równie przydatne. Przechwyty niwelują zagrożenie podyktowania rzutu wolnego, czy "zarobienia" kartki, w przeciwieństwie do wślizgów zawodnik ma też większą kontrolę nad piłką - nawet skuteczny wślizg może bowiem posłać szmacianą z powrotem pod nogi przeciwnika; wreszcie przechwyt pozwala błyskawicznie wznowić grę i uruchomić kontratak.
Ze statystyk OPTA wynika, że w sezonie 2009/10 w większości spotkań pomiędzy tradycyjną "Wielką Czwórką" dość wyraźnie nad wślizgami przeważały właśnie przechwyty (średnio 38.9 wślizgów przy 46.1 przechwytach na mecz). Podobnie liczba samych wślizgów zmniejszyła się z 46.3 w sezonie 2006/07 do 38.9 w zeszłorocznych rozgrywkach.
Kluczem do takich zmian jest coraz większy nacisk na "czytanie gry". Wspierani wciąż doskonalonymi technologiami trenerzy mogą z łatwością wyjaśnić swoim zawodnikom, gdzie powinni się ustawiać w oczekiwaniu na przejęcie piłki. Ta futbolowa inteligencja, czy wręcz intuicja była główną siłą Claude'a Makelele. Francuz nigdy nie "gubił się" na połowie rywala, a w środku pola zawsze gotów był na przerwanie ataku.
Największą uwagę w przypadku środkowych pomocników zwraca się na ich rozprowadzanie gry; to także najczęstszy powód krytyki, bo podania niecelne zwyczajnie rzucają się w oczy. Rosnąca popularność pomocników, których głównym zadaniem jest podawanie piłki ("passer"), wynika z przejścia w stronę formacji 4-5-1 (także 4-3-3). Dzięki temu do tradycyjnej dwójki odpowiedzialnej za destrukcję i kreację dołączył "podający". Łatwo poszczególne role przypasować trójce najczęściej wystawianej w środku pola Manchesteru United: Fletcherowi, Scholesowi i Carrickowi.
Sir Alex Ferguson, który w ostatnich latach wyraźnie dostrzegł potrzebę gry formacją w teorii bardziej defensywną (słynne już wyjazdy w Lidze Mistrzów i rekord meczów bez porażki), tak określa specyfikę gry systemem 4-5-1:
- Główne założenie 4-5-1 to kontrola środka pola i utrzymywanie się przy piłce. To zawsze twój główny cel w tej formacji. Wierzę, że drużyna, która dłużej utrzymuje się przy piłce, ma więcej okazji do wygrania meczu. W przypadku 4-4-2 większy nacisk kładzie się na grę do przodu; 4-5-1 wymaga dużo cierpliwości.
Słowa szkockiego menadżera wyjaśniają zatem skąd tak znienawidzone przez część fanów "mało ambitne" podania w bok czy do tyłu. Są one li tylko wypełnieniem założeń taktycznych, przewidujących cierpliwe konstruowanie akcji i ostrożną grę.
Michael Carrick jest bez wątpienia biegłym adeptem tej sztuki, jednak mając u swojego boku nieocenionego mistrza w tym fachu, Paula Scholesa czy energetycznego, grającego bezpardonowo (a więc i przyjemnie dla oka typowego "anglofila") Darrena Fletchera, stał się nieoczekiwanie soczewką ogniskującą negatywne emocje kibiców. Oczywiście te pretensje są poniekąd słuszne, mając na uwadze poprzedni sezon. Łatwo o szukanie winnych wobec utraty mistrzostwa kraju, a anonimowe występy Anglika zbyt często dawały nam powody do frustracji. Łatwo też zauważyć, że pewność siebie (ci wierzący, że piłkarze przeglądają internet mogą teraz poczuć wyrzuty sumienia) jest jednym z jego poważniejszych problemów - bez niej Carrick staje się zaledwie cieniem zawodnika, unika gry, co jest niewybaczalnym na jego pozycji grzechem. Z drugiej strony, pamiętamy przecież doskonałą w jego wykonaniu kampanię w sezonie 2007/08, ba nawet wyjątkowo udany mecz o Tarczę Wspólnoty - doskonale wiemy, do czego jest zdolny, gdy jest w formie.
- Myślę, że z łatwością wpasowałby się w hiszpański system gry. Świetnie czyta grę, zawsze przewiduje wydarzenia na boisku i zawsze jest na dobrej pozycji. Gdy otrzymuje piłkę gra prosto i nieustannie pokazuje się do gry. Dla mnie ma zdolności do gry w Barcelonie lub jakimkolwiek innym hiszpańskim zespole - mówił o Carricku Xabi Alonso.
Nie idźmy jednak w kierunku truizmów pt. "dobry zawodnik jest dobry". Tak jak frustrujący potrafi być poszukujący strzeleckiej passy Rooney, tak każdy z nas umie docenić zagrania mającego "swój dzień" Berbatowa. Podobnie może być w przypadku Carricka. Wystarczy spojrzeć na drobne ruchy, którymi pomocnik rzeźbi na boisku. Na ostrożnie cyzelowane przyjęcie piłki, na wierne wypełnianie schematu "przyjmij, oddaj, pokaż się" - zasady będącej mantrą niedoścignionych mistrzów w utrzymywaniu się przy piłce, FC Barcelony (ta przecież także ma swojego "Carricka" - Sergio Busquetsa). Piękno tkwi w szczegółach? Na pewno warto go szukać.
Inne teksty tego autora:
- Złość i brak formy Rooneya (Telegraph; własne)
- Rafa i Fergie w bitwie raperów! (redcafe.net)
- Meksykańska fala na angielskich boiskach (Bagsy Not In)
- Słodka zemsta na Milanie (własne)
- Nieoficjalnie: Rooney ojcem! (News of the World)




Szósty lutego 1958 roku to tragiczna data w historii Manchesteru United. W tym dniu doszło do katastrofy samolotu, którym drużyna z Old Trafford wracała do Anglii po meczu w Pucharze Europy. Zginęły 23 osoby, w tym ośmiu zawodników "Czerwonych Diabłów", a ciężko ranny został m.in. menedżer zespołu, Matt Busby.










