Słodka zemsta na Milanie
13 marca 2010, 15:08 | Błażej Duda | Źródło: własne
Manchester United nie pozostawił złudzeń drużynie AC Milan. Do szatni Old Trafford podopieczni Leonardo schodzili z bagażem czterech bramek, zaś "Czerwone Diabły" cieszyły się z awansu do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że był to jeden z najmądrzej rozegranych meczów w tym sezonie i najbardziej magiczna europejska noc od półfinału z FC Barceloną, kiedy to "Czerwona Lokomotywa" odjechała do Moskwy.
Na wstępie należy po części przyznać rację tym, którzy umniejszają wyczyn "Diabłów", zarzucając słabą grę Milanowi. Rzeczywiście, po włoskiej drużynie można było spodziewać się więcej. Po pierwsze uderzał kompletny brak pressingu ze strony "Rossonerrich", w szczególności zaś skandalicznie pasywna gra trójki napastników. Ponadto obraz gry zdeformowały niewykorzystane szanse, przed jakimi stawał Klaas Jan Huntelaar. "Hunter" miał ich w pierwszej połowie sporo, ale w żadnej z nich nie potwierdził swojego dawnego (zatraconego bezpowrotnie?) statusu z ligi holenderskiej. A przecież bramka dla Milanu zupełnie odmieniłaby losy spotkania. Prawdą jest też, że przez długie okresy meczu Manchester oszczędzał siły i poza akcjami bramkowymi nie stworzył wielu więcej okazji - przez większość czasu (59%) przy piłce utrzymywał się Milan. Tym bardziej fenomenalny wydaje się zatem wynik 4:0.
Wiadomo, że piłka nożna to gra, w której w końcowym rozrachunku liczą się przede wszystkim bramki, a tu chirurgicznie precyzyjni byli gracze sira Alexa Fergusona. Wayne Rooney doprawdy przeszedł jedną z najbardziej niezwykłych metamorfoz. Od podbijającego świat w pojedynkę nastolatka, przez niezmordowanego konia pociągowego, do snajpera, przed którym drży każda defensywa w Europie. Pamiętam jeszcze mecz z Besiktasem w tym sezonie, gdy Diabły wyszły ustawieniem 4-5-1. Mówiło się, że Rooney nie jest typem gracza, który mógłby grać samotnie na szpicy. Nie mija pół roku, a Anglik udowadnia w jak wielkim błędzie byli wszyscy sceptycy. Nie pomylił się tylko Ferguson, który przed rokiem ściągnął do United Dymitara Berbatova i zaklepał Antonio Valencię, przewidując odejście Ronaldo i wierząc, naiwnie wierząc, że Rooney jest w stanie wejść na nowy poziom. Jak się okazało - słusznie. Wulkan energii, którym zawsze był "Wazza", teraz wybucha w najbardziej odpowiednich momentach, a chmura piroklastyczna zmiata wszystko na swojej drodze.
Dużo ciepłych słów po środowym pojedynku padło też pod adresem Park Ji-Sunga. Pomijając ciągłe potknięcia i poślizgi (źle dopasowane wkręty? - oby nie skończyło się tak jak z Diego Forlanem ;)) czy okazyjne "drewniane" przyjęcia, nie można o Koreańczyku powiedzieć złego słowa. Na nowej-starej pozycji sprawdził się znakomicie, łącząc pomoc z atakiem i wywiązując się z zadań w obronie. Ponownie, sposób w jaki Ferguson przez ostatnie tygodnie przygotowywał zespół, mając na względzie zawieszenie Carricka, zasługuje na uznanie.
Decydujący okazał się też powrót Vidica i Ferdinanda. Doświadczona para stoperów zupełnie wyłączyła z gry Borriello, wypychała Huntelaara w cokolwiek niewygodne pozycje, a Inzaghiego trzykrotnie zostawiła w blokach. Nawet wrzutki Beckhama w większości były bezpiecznie wybijane. A skoro już o doświadczeniu mowa - Gary Neville, uznawany powszechnie za najsłabszego obecnie ze Złotej Generacji '92, udowodnił dziś, dlaczego (między innymi) zasługuje na opaskę kapitana. Ronaldinho nie przedarł się jego flanką ani razu, a dzięki asekuracji Fletchera, stary wilk siał zamęt pod bramką Rossonerrich.
Nie da się przejść obojętnie obok wejścia na boisko Davida Beckhama. Przyznaję bez bicia, że i mnie udzieliło się wzruszenie, jakie dało się dostrzec na twarzy Anglika. Oczywiście, przyjęcie "syna marnotrawnego" było takie a nie inne ze względu na wynik, ale widać było, że kibice nie pozostają wobec niego obojętni. Owacji na stojąco można się było spodziewać, przekorne buczenie przy pierwszym kontakcie z piłką, to już pokaz tego w jak dobre humory wprawiły Diabły kibiców (i nie tylko Diabły - komiczny był też bramkarz przyjezdnych, Abbiatti). Do tego usłyszeć ponownie "There's only one David Beckham" - bezcenne. Zresztą atmosfera w Teatrze Marzeń to powód, dla którego ten mecz zamierzam nagrać na płytkę. Złoto-zielone szaliki fruwały wszędzie, z trybun raz po raz płynęły wiadomej treści przyśpiewki, a "Big Blackie" wyłapały kamery na całym świecie. Trudno o lepszą definicję "dwunastego zawodnika".
Inne teksty tego autora:
- Nieoficjalnie: Rooney ojcem! (News of the World)




Francuski obrońca przyszedł na świat 15 maja 1981 roku w Dakarze. Barw Manchesteru United broni od 2006 roku. Zanim przeniósł się na Old Trafford, był zawodnikiem AS Monaco.










