Atakując już w tytule wzniosłym wycinkiem z tekstu piosenki Comy pt. "Wola istnienia" chcę, byście na samym wstępie zastanowili się nad postawionym przeze mnie problemem. Niemal każdy sympatyk piłki nożnej ma też swoją ulubioną drużynę. Może jej kibicować mniej lub bardziej zapalczywie, ale jeśli jest to uczucie szczere, to pragnie dla niej wszystkiego co najlepsze. A najlepsze od zawsze było piękno, czyli coś absolutnie doskonałego, perfekcyjnego. Po ziemi nie stąpają jednak ideały, dlatego trudno o maestrię w każdym calu. Jeśli chodzi o piłkę nożną, do tej pory nie znalazła się drużyna, która potrafiłaby każdego rywala wbić w ziemię, strzelić mu co najmniej 4 gole nie tracąc żadnego. I bardzo dobrze, bo podobne cuda na pewno nie wpłynęłyby dobrze na kibicowską brać, której główną zasadą jest przecież bycie z ulubieńcami na dobre i na złe.
Do rzeczy: w dzisiejszych czasach, w których ogromną rolę odgrywają media nietrudno zawrócić ludziom w głowie. Na taki pomysł wpadła firma Nike, która postanowiła przeprowadzić kampanię reklamową o patetycznej nazwie "Joga Bonito" czyli: graj pięknie. Od tego momentu, mnóstwo osób zaczęło patrzeć na "swoje" drużyny już nie tylko pod kątem osiąganych wyników, ale też tego, jak styl prezentują. Tak oto, jeszcze całkiem niedawno na topie, bo w sezonie 2006/07 był Manchester United zdeklasowany jednak przez mistrza Hiszpanii FC Barcelonę.
Joga Bonito to zespolenie pięciu elementów piłkarskiego abecadła: umiejętności, waleczności, honoru, radości i ducha drużyny. W kampanii amerykańskiego giganta wystąpiły takie gwiazdy jak Cristiano Ronaldo, Wayne Rooney, Thierry Henry, Ronaldinho, Zlatan Ibrahimović czy Robinho. Nic więc dziwnego, że umysły młodych adeptów futbolu zostały ogarnięte "szałem" naśladownictwa swoich idoli pokazujących w krótkich spotach prawdziwe piękno piłki nożnej. Pomijając to, że często symulujący CR reklamował honor, a niejednokrotnie brutalni Rooney z Ibrahimoviciem "waleczność", to cała akcja przyniosła dobry skutek. Dzieciaki miały się na kim wzorować, kompilacje ze sztuczkami technicznymi trafiały do świadomości wszystkich kibiców, a sama idea prezentowania piękniejszej strony sportu była godna pochwały. Nike bez wątpienia zarobiło na swojej akcji mnóstwo pieniędzy, ale też trwale zmieniło wizerunek współczesnego futbolu. Dziś, w opinii wielu najlepszą ekipą nie jest ta, która faktycznie zwycięża w bezpośrednich pojedynczych czy też wielomiesięcznych bataliach, a ta, która gra najefektowniej.
Dlatego też Manchester United określany jest często mianem zespołu wygrywającego nie dzięki umiejętnościom, a niebywałemu szczęściu, pomocy arbitrów czy... pomocy niebios. Tak czy owak, podczas gdy "Czerwone Diabły" zwyciężały, czy to w Premier League czy w Lidze Mistrzów, nie brakło głosów twierdzących, że to nie podopieczni Fergusona powinni wygrać, a ładniej grający np. londyński Arsenal. To trochę krzywdzące, bo przecież gdyby nie olbrzymia ambicja, wola walki i, przede wszystkim, znakomici piłkarze, to Man Utd nie byłby dziś tym klubem jakim jest. Ale to jeszcze nie sedno sprawy. Inni kibice mogą sobie przecież mówić co chcą, a wiadome jest też to, że wielkość wzbudza zazdrość, a zazdrość rodzi złość. Najgorsze są jednak podziały między "swoimi", tzn. fanami jednej ekipy, którzy nie mogą się pogodzić, że ich ulubieńcy nie grają tak, jak na najlepszych przystało.
Stereotyp pięknie grającego zespołu, który jest właściwie konstelacją gwiazd robiących mnóstwo tricków i strzelających w trakcie spotkania więcej goli niż czynią to inne kluby razem wzięte w tej samej kolejce, to wzór niedościgniony. Wszystko podlega modom, dlatego też osoby interesujące się tym "piękniejszym" futbolem co rusz wyciągają na piedestał inny zespół, który najbliżej odpowiada marzeniom milionów fanów. Kilka ładnych lat temu był to Real Madryt, później FC Barcelona, następnie Manchester United, teraz znowu "Duma Katalonii". Według wielu samozwańczych proroków niedługo jej miejsce zajmą znowu "Królewscy" z Madrytu. Czy będzie to prawda - zobaczymy. W tym zestawieniu ekip wygrywających co chwila, czy to na swoim, czy europejskim podwórku, brakuje kilku, które nie wygrywają właściwie nic, ale mimo to są kochane za swoją bezwstydnie ofensywną grę. Niedawno miłowana była Sevilla, z niewiele znaczącego klubiku przeistaczająca się w potęgę, przed którą klękały hiszpańskie mocarstwa. Później nadszedł czas Arsenalu, który ku ogólnemu niezadowoleniu nadal nie potrafi nic wywalczyć. Stare argumenty "jesteśmy jeszcze młodzi, niedoświadczeni" Arsene'a Wengera nie powodują już radosnego oczekiwania na kolejny sezon, a irytację i frustrację fanów "Kanonierów". W tym sezonie jednak podopieczni Francuza grają nie tylko świetnie w ataku, ale też mądrze w ofensywie. Może tym razem im się uda?
Sir Alex Ferguson mimo tego, że jest bardzo doświadczonym trenerem, nie boi się podłapywać piłkarskich nowinek od innych menadżerów. Dlatego też, po upokarzającej klęsce w półfinałowym spotkaniu Ligi Mistrzów z Milanem (0:3) nie poddał się, a doszedł do kilku trafnych wniosków. Oto najważniejsze:
1. Potężna drużyna musi mieć znakomitą linię obronną.
2. Długa i wyrównana ławka rezerwowych jest priorytetem do osiąganiu sukcesów.
3. Nie zawsze ten, który gra piękniej, powinien wygrać.
Te stwierdzenia zostały wysnute właśnie po spotkaniu na San Siro, gdzie doskonale zorganizowani gospodarze pokazali, ile we współczesnym futbolu znaczy taktyka. Dodatkowo, "Czerwone Diabły" musiały wystąpić bez trzech podstawowych defensorów: Gary'ego Neville'a, Rio Ferdinanda i Patrice'a Evry. Jedyny "ocalały" z przetrzebionego kwartetu Nemanja Vidić zagrał świeżo po kontuzji i spisał się fatalnie. Zastępcy kontuzjowanej trójcy zagrali bardzo słabo, poniżej europejskiego poziomu. Nic dziwnego, że sir Alex pozbył się latem jednego z ówczesnych winowajców: Gabriela Heinze, a w resztę nieszczęśników... tchnął nowego ducha. Szkot zaczął również zwracać baczniejszą uwagę na taktykę. Nakazał swoim zawodnikom atakować w bardziej przemyślany sposób. Poprzednio bowiem CR i spółka tworzyli mnóstwo akcji, ale nie zawsze coś z nich wychodziło. Ferguson postanowił też zacząć zmieniać taktykę zależnie od spotkania i sprowadzać piłkarzy uniwersalnych, mogących przydać się tak w ofensywie, jak i przy obronie korzystnego wyniku.
Ferguson przed sezonem 2007/2008 kupił czterech graczy: Naniego, Andersona, Hargreavesa i Teveza. Każdy z nich miał swój wkład w zdobycie po raz drugi z rzędu korony dla najlepszej drużyny w Anglii. Portugalczyk zapewnił swojej nowej drużynie 3 punkty w batalii z Tottenhamem i dał świetną zmianę w późniejszym spotkaniu z Liverpoolem zaliczając asystę i strzelając gola. "Predator" nie okazał się drugim Ronaldinho, a raczej drugim Royem Keane'em walczącym z ogromną zapalczywością z takimi tuzami jak Gerrard czy Fabregas. Owen strzelił gola Arsenalowi, który okazał się bezcenny. Tevez swoją ambicją i zapewnianiem punktów nowej drużynie w ostatnich minutach zapewnił sobie miłość fanów. Jakby tego było mało, niedoceniani poprzednio Park Ji-sung i Darren Fletcher pokazali, że gdy się w nich wierzy, to potrafią się za to pięknie odpłacić. Mistrzowie Anglii okazali się też mistrzami Europy pokonując w finale Ligi Mistrzów londyńską Chelsea. Tym razem nasi ulubieńcy pokazali, że można połączyć chłodne umysły z rozpalonymi nogami. Grając momentami bardzo efektownie, a jednocześnie mądrze, w powszechnej opinii zasługiwaliśmy jak nikt inny na wszelkie tytuły, które dane nam było zgarnąć.
Rozgrywki 2008/2009 były jednak już nieco inne. Do składu dołączył Dymitar Berbatow, co stało się przyczyną częstych posiedzeń na ławce rezerwowych Carlosa Teveza. Manchester przestał już przypominać radośnie grającą drużynę tryskającą entuzjazmem, a stał się zespołem twardym, doświadczonym, często kalkulującym zyski i straty wynikające z poszczególnych spotkań. Nie było już miejsca dla przepięknych akcji, wielu goli i rozbijania rywali. Można było wywnioskować, że dla starego Szkota i jego świty liczą się tylko 3 punkty, osiągnięte w każdy możliwy sposób. I tak chyba było w istocie. Znowu doszliśmy do finału Champions League. W półfinale po raz pierwszy od dawna prezentując naprawdę piękny styl rozbiliśmy Arsenal najpierw 1:0, a następnie 3:1. Jednak najważniejsza potyczka nie poszła po myśli fanów "Red Devils". Ferguson zrezygnował z dającego świetne efekty ustawienia 4-3-3 przemieniając je na bezużyteczne 4-5-1. Wyglądało na to, że Szkot uczynił to niejako w ostatniej chwili bojąc się rozszarpania przez ofensywnie usposobioną Barcelonę. Szkoda, że nie wyszedł z trzema ofensywnymi zawodnikami, bo grając piątką w pomocy nie mieliśmy szans na pokonanie rywali, którzy obnażyli wszystkie nasze słabości i wypunktowali jak uczniaków. 0:2 i koniec marzeń o wygraniu LM drugi raz z rzędu.
Po tym sezonie odszedł nasz bezapelacyjnie najlepszy ofensywny piłkarz, Cristiano Ronaldo. Portugalczyk opuścił deszczowy Manchester na rzecz słonecznego Madrytu. Wielu ludzi zastanawiało się, co teraz pocznie stary wyga, skoro musi ustawić swój team bez genialnego pomocnika. Wszyscy spodziewali się spektakularnych transferów, sprowadzenia piłkarzy mogących zastąpić Ronaldo. Nic z tych rzeczy. Zespół wzmocnili: skrzydłowi Valencia i Obertan oraz doświadczony napastnik Michael Owen. Nie jeden fan zastanawiał się, czy Ekwadorczyk i Francuz zdołają sprawić, że na Old Trafford zapomni się o CR. Podobnie rzecz miała się Owenem kupionym w miejsce Teveza, który czuł się w "Teatrze Marzeń" niedoceniany i postanowił odejść do sąsiadów United, Manchesteru City. Sir Alex Ferguson postanowił znowu zacząć grać 4-4-2 z dwoma klasycznymi skrzydłowymi i środkowymi napastnikami. Oczywiście, ta taktyka również jest bardzo elastyczna bo błyskawicznie może się zmienić w 4-3-3, 4-5-1 czy 4-4-1-1. Jeśli chodzi o względy "estetyczne" to nasza gra wygląda lepiej niż w sezonie ubiegłym. Mnogość akcji kombinacyjnych sprawia czasem, że rywale nie wiedzą co się dzieje. Berbatow w końcu gra tak, jak lubi, Rooney jest najlepszym strzelcem drużyny, Darren Fletcher to nasz najlepszy środkowy pomocnik. Są problemy z defensywą, ale warto wspomnieć, że los nas nie oszczędza i nasi obrońcy często łapią kontuzje. Póki co, mistrzowie Anglii zajmują 3. lokatę w tabeli Premier League i 1. w grupie B Ligi Mistrzów.
***
Pytanie brzmi - gdzie jest złoty środek? 2007/2008, te rozgrywki każdy wspomina z rozrzewnieniem. Połączenie futbolu atrakcyjnego dla oka i jednocześnie bezwzględnie skutecznego. Tyle, że aby marzyć o powtórzeniu tamtejszych wyczynów należy zapytać, czy mamy gracza potrafiącego pociągnąć drużynę do przodu? Takiego, który jest w stanie jednym świetnym uderzeniem czy podaniem zmienić los meczu? Wielu powie: Rooney, ale ja nie jestem do tego przekonany. Wayne'owi talentu odmówić nie można, ale jest to nadal zawodnik, na którym nie można polegać w 100 procentach. Znamy dobrze jego dziwne zastoje, w czasie których Anglik albo gra źle, albo gra źle i nie strzela goli. Dziś więcej niż od jego gry znaczy forma Berbatowa, operującego ze stoickim spokojem na dwóch płaszczyznach - przed polem karnym i w jego obrębie. Bułgar w końcu pokazuje swój talent, ale to też nie jest gracz lubujący się w strzelaniu wielu goli. Obiegając sprawę z drugiej strony warto wspomnieć o tym, że możemy pokonywać rywali jako kolektyw - nie wielu chłopaków wpatrzonych w tego jednego najlepszego. Tak byłoby chyba najlepiej. I mimo swoich początkowych żali na temat tego, że z podobnym składem nic nie osiągniemy, zaczynam powoli wypluwać te słowa.
Jeżeli piękno zasługuje na potępienie,
jeżeli mądrość potęguje jedynie zło,
jeżeli piękno jest przeszkodą dla zbawienia
to osądzi mnie bezduszna wieczna moc
Wracając do głównej problematyki tekstu - co jest lepsze: fantastyczna drużyna, piękna, błyskotliwa gra, rewelacyjna postawa napastników i pomocników trafiających do siatki rywali z zaskakująco wysoką częstotliwością czy niezbyt częste przebłyski geniuszu, nad które przedkłada się bezbłędne wykonywanie wcześniejszych ustaleń? Przyznam, że wybieram to drugie, jeśli tylko gwarantuje osiąganie najlepszych wyników.
"Piękna gra" wypaczyła umysły wielu ludziom, którzy dziś mają czelność mówić, że to nie Manchester United jest najlepszy w Anglii. Pytam zatem - gdzie najlepszy Arsenal nie mogący zdobyć mistrzostwa od 2003 roku? Gdzie piękniej grająca Chelsea, która nie zasiadła na tronie od 4 lat? Chciałbym kiedyś zapytać różnych piłkarzy uczestniczących w kampanii Joga Bonito, czy za 20 lat woleliby usiąść w fotelu i powiedzieć sobie: "graliśmy najładniejszy futbol w Europie i nic nie wygraliśmy" czy "czasem nie pokazywaliśmy nic ciekawego, ale za to dziś przeglądam się w pucharach i medalach". Odpowiedzcie sobie sami, czy w piłce nożnej najważniejsza nie jest chęć zdobywania trofeów?
A w odpowiedzi na sugestię, że liczą się tylko te puchary, w których można się przeglądać, zawsze przytaczam kapitalnie ujętą myśl wyrażoną przez pewnego katalońskiego kibica:
"W końcu futbol przeżywa się oglądając mecze, a nie licząc puchary w gablotach."
Poza tym, uważam, że demonizujesz kampanię reklamową Nike'a. Każdy rozsądny, choć trochę znający się na rzeczy kibic był w stanie sensownie ocenić, jak idea Joga Bonito ma się do boiskowych realiów. Jeśli ktoś po obejrzeniu spotów wbił sobie do głowy, że Joga Bonito to milion tricków i bezmyślny pęd na bramkę rywala - to tylko kiepsko świadczy o pomyślunku tej osoby. Nie o pomysłodawcach kampanii. Bo uważam, że akurat jej twórcom należy szczerze pogratulować. Jak sam napisałeś, oprócz realizowania marketingowych celów firmy, zaproponowali coś jeszcze: pokazali piękniejszą stronę sportu...





Jeśli podoba Ci się serwis mufc.pl i uważasz, że warto, aby coraz więcej osób mogło skorzystać z prezentowanych tu informacji, umieść odnośnik na prowadzonej przez Ciebie stronie, blogu czy forum, na którym aktywnie uczestniczysz.

Everton - Manchester United


